Wczoraj wieczorem Wojtuś dostał jeszcze jedno zadanie, tym razem kangurkowe:
- Krzysiek dostaje co tydzień 10zł kieszonkowego, z czego połowę wydaje na słodycze. Po 8 tygodniach Krzysiek za wszystkie zaoszczędzone pieniądze kupił piłkę. Ile kosztowała piłka?
W pierwszej chwili Wojtek uznał, że to za trudne. Zachęciłam go, żeby przeczytał zadanie jeszcze raz. Zaczął liczyć po 5 pomagając sobie palcami:
- 5, 10, 15, ... 40!
- Brawo, dobra odpowiedź!
A dzisiaj kolejna poranna porcja zadań.
Wersja dla Wojtka:
- Krzysiek i Mateusz mają tyle samo hot-wheelsów. Jeśli Krzysiek odda Mateuszowi 4 swoje hot-wheelsy, to o ile więcej będzie mieć Mateusz od Krzyśka?
- ...o 8 - krótki namysł, poprawna odpowiedź.
Wersja dla Adasia:
- Adaś i Wojtuś mają po 3 hot-wheelsy. Jeśli Wojtuś odda Adasiowi 2 swoje hot-wheelsy, to o ile więcej będzie mieć Adaś od Wojtusia?
- Adaś będzie mieć 5... - i tu dziecko utknęło z rozwiązywaniem zadania, a niestety chwilę później wtrącił się starszy brat, więc temat do powtórki za jakiś czas.
Wojtek domagał się zadania dodatkowego, więc dostał jeszcze takie:
- Krzysiek i Mateusz mają tyle samo hot-wheelsów. Jeśli Krzysiek odda Mateuszowi połowę swoich hot-wheelsów, to ile razy więcej będzie mieć Mateusz od Krzyśka?
Okazało się za trudne. Zaproponowałam, żeby sobie wyobraził, że każdy z chłopców dzieli swoje samochody na 2 kupki, po czym jeden oddaje swoją jedną kupkę drugiemu. I wtedy widać, że u Krzyśka zostanie 1 kupka, a u Mateusza będą 3 takie kupki, czyli 3 razy więcej. Ale nie mam pewności czy dobrze to zrozumiał, więc też będziemy do tego motywu jeszcze wracać.
PS. Warto przeczytać http://www.trzecioklasista.edu.pl/artykuly/files/325/pozwolmy_dzeciom_dzialac.pdf
piątek, 22 lutego 2013
czwartek, 21 lutego 2013
Jaś stoi w kolejce
Czasem zadajemy dzieciom różne zagadki i zadania matematyczne.
Dzisiejsze poranne chyba były za łatwe :)
Wersja dla Wojtka - przed wyjściem z domu:
- Jaś stoi w kolejce. Przed nim stoją 3 osoby, a za nim 5 osób. Ile osób stoi w kolejce?
- 9 - mówi Wojtek. I patrzy na mnie podejrzliwie. Chyba nie załapał, że to miało być podchwytliwe ;)
Wersja dla Adasia - w drodze między szkołą a przedszkolem:
- Adaś stoi w kolejce. Przed nim stoją 2 osoby, a za nim też 2 osoby. Ile osób stoi w kolejce?
- Ale razem z Adasiem? - upewnia się Adaś :)
- No tak, ile jest wszystkich osób w kolejce?
- To 5. Mamo, to było nie było trudne. To było takie w sam raz dla mnie zadanie. Daj mi jeszcze jakieś!
Potem jeszcze trochę pokombinowaliśmy z dzieleniem kilku cukierków między kilkoro dzieci. Zakończyliśmy odkryciem Adasia, że 5 cukierków dla 2 dzieci to będzie po 2 dla każdego i jeszcze ostatni trzeba na pół podzielić.
Dzisiejsze poranne chyba były za łatwe :)
Wersja dla Wojtka - przed wyjściem z domu:
- Jaś stoi w kolejce. Przed nim stoją 3 osoby, a za nim 5 osób. Ile osób stoi w kolejce?
- 9 - mówi Wojtek. I patrzy na mnie podejrzliwie. Chyba nie załapał, że to miało być podchwytliwe ;)
Wersja dla Adasia - w drodze między szkołą a przedszkolem:
- Adaś stoi w kolejce. Przed nim stoją 2 osoby, a za nim też 2 osoby. Ile osób stoi w kolejce?
- Ale razem z Adasiem? - upewnia się Adaś :)
- No tak, ile jest wszystkich osób w kolejce?
- To 5. Mamo, to było nie było trudne. To było takie w sam raz dla mnie zadanie. Daj mi jeszcze jakieś!
Potem jeszcze trochę pokombinowaliśmy z dzieleniem kilku cukierków między kilkoro dzieci. Zakończyliśmy odkryciem Adasia, że 5 cukierków dla 2 dzieci to będzie po 2 dla każdego i jeszcze ostatni trzeba na pół podzielić.
piątek, 8 lutego 2013
Pierwszy semestr za nami
No dobra, nie jestem najbardziej regularną blogopisarką. Może to się zmieni, a może nie - nic nie obiecuję ;)
Tymczasem jednak możemy podsumować pierwszy semestr w szkole.
Było dużo spokojniej niż się spodziewałam. Wojtek wszedł w obowiązki szkolne bez żadnych zacięć. Z zapałem "poznaje" kolejne literki. Bez marudzenia (na ogół) odrabia pracę domową. Pisze jako-tako - nie pięknie, ale wystarczająco dobrze. Dla mnie ważne, że robi to szybko - bez godzinnego wpatrywania się w kartkę i równoległego zajmowania tysiącem innych rzeczy. Odrabianie lekcji przebiega właściwie niezauważenie. W zasadzie tego procesu nie kontrolujemy, oglądamy zeszyty sporadycznie. Nie weryfikujemy jakości i kompletności wykonania. Czasem pani każe poprawić zbyt bazgrołowate bazgroły ;)
Z tego sprawnego wdrożenia w odrabianie lekcji bardzo się cieszę. Obawiałam się tutaj drogi przez mękę, a tymczasem jest (dla rodziców ;)) luzik :)
Wojtek dostał bardzo dobrą "ocenę opisową" na koniec semestru. Prawie same plusy - jedyny obszar wskazany jako wymagający dalszej pracy to właśnie pisanie liter.
Ogólnie tempo pracy klasy w pierwszym półroczu nie było jakieś zawrotne. Co kilka dni literka, co kilka dni cyferka... W sumie "poznane" zostały literki: a, o, e, i, y, u, b, m, p, w, z, l, t, k, n, s, d, r, g, c; cyferki od 1 do 8.
Na zebraniu podsumowującym pierwszy semestr wychowawczyni zapowiedziała w drugim semestrze większy nacisk na czytanie. Dla Wojtka to nie będzie wyzwanie, gdyż czyta płynnie od dawna.
Nie stanowi też dla niego żadnego wyzwania szkolna matematyka, dlatego staramy się pracować dodatkowo w domu i rozwijać zarówno sprawność liczenia, jak i sprawność myślenia ;) Wojtuś rozwiązuje trochę zadań "kangurkowych", trochę różnych wymyślanych przez nas.
Na plus zapisujemy także kondycję zdrowotną. Przez cały semestr Wojtek opuścił 5 dni szkolnych. Za to rozchorował się gdy tylko zaczęły się ferie, ech. Właśnie zaliczyliśmy pierwsze od 2 lat zapalenie ucha i również pierwszy od 2 lat antybiotyk.
Tymczasem jednak możemy podsumować pierwszy semestr w szkole.
Było dużo spokojniej niż się spodziewałam. Wojtek wszedł w obowiązki szkolne bez żadnych zacięć. Z zapałem "poznaje" kolejne literki. Bez marudzenia (na ogół) odrabia pracę domową. Pisze jako-tako - nie pięknie, ale wystarczająco dobrze. Dla mnie ważne, że robi to szybko - bez godzinnego wpatrywania się w kartkę i równoległego zajmowania tysiącem innych rzeczy. Odrabianie lekcji przebiega właściwie niezauważenie. W zasadzie tego procesu nie kontrolujemy, oglądamy zeszyty sporadycznie. Nie weryfikujemy jakości i kompletności wykonania. Czasem pani każe poprawić zbyt bazgrołowate bazgroły ;)
Z tego sprawnego wdrożenia w odrabianie lekcji bardzo się cieszę. Obawiałam się tutaj drogi przez mękę, a tymczasem jest (dla rodziców ;)) luzik :)
Wojtek dostał bardzo dobrą "ocenę opisową" na koniec semestru. Prawie same plusy - jedyny obszar wskazany jako wymagający dalszej pracy to właśnie pisanie liter.
Ogólnie tempo pracy klasy w pierwszym półroczu nie było jakieś zawrotne. Co kilka dni literka, co kilka dni cyferka... W sumie "poznane" zostały literki: a, o, e, i, y, u, b, m, p, w, z, l, t, k, n, s, d, r, g, c; cyferki od 1 do 8.
Na zebraniu podsumowującym pierwszy semestr wychowawczyni zapowiedziała w drugim semestrze większy nacisk na czytanie. Dla Wojtka to nie będzie wyzwanie, gdyż czyta płynnie od dawna.
Nie stanowi też dla niego żadnego wyzwania szkolna matematyka, dlatego staramy się pracować dodatkowo w domu i rozwijać zarówno sprawność liczenia, jak i sprawność myślenia ;) Wojtuś rozwiązuje trochę zadań "kangurkowych", trochę różnych wymyślanych przez nas.
Na plus zapisujemy także kondycję zdrowotną. Przez cały semestr Wojtek opuścił 5 dni szkolnych. Za to rozchorował się gdy tylko zaczęły się ferie, ech. Właśnie zaliczyliśmy pierwsze od 2 lat zapalenie ucha i również pierwszy od 2 lat antybiotyk.
wtorek, 23 października 2012
Literki i cyferki
Powoli mija październik. Rytm dnia i tygodnia nam się już całkiem wyregulował.
Wojtek zadowolony. Radzi sobie bez trudu ze szkolnymi zadaniami, z zajęciami dodatkowymi, z treningami. Ma już kolegów, z którymi bawi się na przerwach i w świetlicy. Najczęściej z Krzyśkiem, a z Mateuszem spotyka się także w weekendy. Zaliczyliśmy już wizytę kolegi u nas i rewizytę naszych chłopców u kolegi, a także sobotnie spotkanie na boisku w układzie synowe-ojcowie (wygrali synowie 28:22, albo jakoś podobnie ;)).
Rano procedura "pani zabiera dzieci z szatni" zmieniła się teoretycznie na procedurę "rodzice odprowadzają dzieci na piętro przed salę i mogą zostawić pod opieką nauczyciela dyżurującego na korytarzu". W praktyce - realizowany jest wariant "rodzice odprowadzają dzieci na piętro przed salę i czekają, aż przyjdzie nasza pani i wpuści dzieci do naszej sali". Teoretycznie każdy z rodziców mógłby iść wcześniej, ale trudno iść gdy inne mamy czekają - Wojtek mnie nie puszcza :) Zwłaszcza, że akurat jego najlepsi koledzy - Krzysiek i Mateusz - przychodzą równo z dzwonkiem albo nawet po. Z dziećmi, które są rano przed salą, Wojtek się raczej nie integruje (może czasem z Patrykiem). Nie ma problemu - te kilka minut mogę poczekać, Adaś też :)
Odrabianie lekcji nie sprawia nam póki co problemów - w zasadzie 100% Wojtek odrabia zanim wrócimy do domu. Zaczęło się już pisanie literek (a, m, l) w zeszycie w 3 linie i cyferek (1, 2, 3) w zeszycie w kratkę. Jakoś to nawet w wykonaniu Wojtka wygląda, bałam się, że będzie dużo gorzej :) Dodatkowo staram się podsuwać Wojtkowi w miarę atrakcyjne sposoby ćwiczenia ręki. Drukujemy dużo labiryntów i zadań typu "połącz kropki". Adaś też włącza się w takie działania - to dobrze, bo jego poziom wyćwiczenia ręki też wydaje mi się mocno niedostateczny - Adaś rysować generalnie nie lubi.
Plan zajęć Wojtka:
Wojtek zadowolony. Radzi sobie bez trudu ze szkolnymi zadaniami, z zajęciami dodatkowymi, z treningami. Ma już kolegów, z którymi bawi się na przerwach i w świetlicy. Najczęściej z Krzyśkiem, a z Mateuszem spotyka się także w weekendy. Zaliczyliśmy już wizytę kolegi u nas i rewizytę naszych chłopców u kolegi, a także sobotnie spotkanie na boisku w układzie synowe-ojcowie (wygrali synowie 28:22, albo jakoś podobnie ;)).
Rano procedura "pani zabiera dzieci z szatni" zmieniła się teoretycznie na procedurę "rodzice odprowadzają dzieci na piętro przed salę i mogą zostawić pod opieką nauczyciela dyżurującego na korytarzu". W praktyce - realizowany jest wariant "rodzice odprowadzają dzieci na piętro przed salę i czekają, aż przyjdzie nasza pani i wpuści dzieci do naszej sali". Teoretycznie każdy z rodziców mógłby iść wcześniej, ale trudno iść gdy inne mamy czekają - Wojtek mnie nie puszcza :) Zwłaszcza, że akurat jego najlepsi koledzy - Krzysiek i Mateusz - przychodzą równo z dzwonkiem albo nawet po. Z dziećmi, które są rano przed salą, Wojtek się raczej nie integruje (może czasem z Patrykiem). Nie ma problemu - te kilka minut mogę poczekać, Adaś też :)
Odrabianie lekcji nie sprawia nam póki co problemów - w zasadzie 100% Wojtek odrabia zanim wrócimy do domu. Zaczęło się już pisanie literek (a, m, l) w zeszycie w 3 linie i cyferek (1, 2, 3) w zeszycie w kratkę. Jakoś to nawet w wykonaniu Wojtka wygląda, bałam się, że będzie dużo gorzej :) Dodatkowo staram się podsuwać Wojtkowi w miarę atrakcyjne sposoby ćwiczenia ręki. Drukujemy dużo labiryntów i zadań typu "połącz kropki". Adaś też włącza się w takie działania - to dobrze, bo jego poziom wyćwiczenia ręki też wydaje mi się mocno niedostateczny - Adaś rysować generalnie nie lubi.
Plan zajęć Wojtka:
- Poniedziałek: 5 lekcji, po południu trening
- Wtorek: 4 lekcje, zajęcia od zabawy do sportu, szachy, po południu trening
- Środa: 5 lekcji, dodatkowy angielski
- Czwartek: 4 lekcje, dodatkowy angielski, po południu trening
- Piątek: 4 lekcje
sobota, 29 września 2012
Zgrzyt zgrzyt
Tak się złożyło, że w ostatnim tygodniu przydarzyły się dwie mało przyjemne historie - jedna w przedszkolu, jedna w szkole.
W przedszkolu odbyły się warsztaty kulinarne - dzieci z różnych grup przy wspólnym stole tworzyły różne rzeźby z jedzenia (myszki z jajka itp. - taka zabawa jedzeniem). Gdy odbierałam Adasia, stół z wystawą "dzieł" stał przed salą, więc zapytałam dziecko o wrażenia.
- Ja tego nie robiłem - oznajmiło dziecko.
- Nie? Dlaczego?
- Bo pani powiedziała, że nie mogę się zmieścić w kadrze. - Hm, pomyślałam, chyba dziecko czegoś nie zrozumiało albo coś pomieszało.
- Ale to znaczy, że nie chciałeś? Pani pytała kto chce?
- Nie, pani tak zdecydowała.
- I co robiłeś, gdy dzieci miały te zajęcia?
- No, byłem na górze, w sali sześciolatków.
- Ale sam?
- Nie, jeszcze tam była X, Y, Z, no i jakieś maluchy, i A i B z sześciolatków. I ciocie.
- I co robiliście?
- Nic, odpoczywaliśmy, maluchy spały, ktoś coś rysował.
Adaś opowiadal to wszystko spokojnie, raczej jako informacja, nie wyczułam żalu czy skargi. Historia zastanowiła mnie na tyle, że następnego dnia rano zapytałam ciocię o co chodziło i dlaczego niektóre dzieci nie brały udziału
- A bo taki mieliśmy plan, podzieliliśmy dzieci na dwie grupy, bo wszyscy by się nie zmieścili. Druga grupa będzie mieć warsztaty dzisiaj, o proszę, już jest wszystko przygotowane.
No OK. Przyjęłam tłumaczenie. Niesłusznie ;)
Po południu od mamy X dowiedziałam się, że prawdziwą przyczyną podziału dzieci był... brak zgody niektórych rodziców na umieszczenie zdjęć dzieci na Facebooku! Przedszkole robiło fotorelację z tego "wydarzenia" do zamieszczenia na Facebooku i dla uniknięcia kłopotów dyrekcja zarządziła wykluczenie z imprezy dzieci, których zdjęć nie mogli umieszczać na Facebooku.
No, tak do końca kłopotów nie uniknęli :) Bo X nie da sobie w kaszę dmuchać i ponoć zrobiła w przedszkolu dziką awanturę z powodu wykluczenia z zabawy, oraz doniosła o wszystkim rodzicom. Rodzice X jeszcze tego samego dnia wieczorem interweniowali u dyrekcji.
I stąd poranna, już przygotowana, wersja tłumaczenia i improwizowany "dalszy ciąg warsztatów".
Hmm, to pierwsza taka wpadka naszego przedszkola.
Rozumiem, że chcą sobie zrobić reklamę na Facebooku - no ale przecież nie kosztem dzieci!
Pani dyrektor ponoć przepraszała i mam nadzieję, że taka dyskryminacja się więcej nie powtórzy.
A co w szkole? A w szkole w tym tygodniu rozpoczęły się dodatkowe zajęcia z angielskiego. Powiadomienie z podaniem terminów dostaliśmy mailem. Zwrócił moją uwagę fakt, że w środę dodatkowy angielski ma być na 6. godzinie lekcyjnej, a wcześniej Wojtek ma 5 normalnych lekcji. A więc - kiedy zje obiad?
Poszłam z tym pytaniem do świetlicy we wtorek rano.
- Nic nie wiem, pracuję na poranną zmianę, proszę przyjść jutro - będzie akurat od rana pani, która zajmie się klasą Wojtka też po południu.
No ok, w środę rano ponownie zastukałam do świetlicy.
- Tak, oczywiście, dzisiaj będzie angielski, o - proszę zobaczyć - tu mam listę dzieci, wszystko jest pod kontrolą. Obiad? No nie wiem.... nie, na przerwie nie, to pewnie po angielskim. No nie wiem jeszcze, ale proszę się nie martwić, dziecko na pewno obiad dostanie. Żeby tylko chciał zjeść, ha ha.
I cóż, oczywiście w środę dziecko wróciło ze szkoły bez obiadu... Podobno pytał po angielskim dwie świetlicowe panie, co z jego obiadem. Jedna powiedziała, że nie wie, a druga, że już za późno, bo już pani z dziećmi poszła. Dodam, że sześciolatki są mocno ubezwłasnowolnione - nie mogą samodzielnie poruszać się po szkole.
A więc w czwartek rano znów odwiedziłam świetlicę. Pani (jakaś inna) przepraszała. Mówiła, że ich sytuacja w środę zaskoczyła, że będą musieli się zgrać z jakąś inną grupą, że na pewno w przyszłym tygodniu wszystko będzie dobrze. Oprócz Wojtka problem dotyczy jeszcze 2 dzieci z klasy, które też chodzą na dodatkowy angielski i na świetlicę. Zobaczymy w środę jak sobie świetlica poradzi...
W przedszkolu odbyły się warsztaty kulinarne - dzieci z różnych grup przy wspólnym stole tworzyły różne rzeźby z jedzenia (myszki z jajka itp. - taka zabawa jedzeniem). Gdy odbierałam Adasia, stół z wystawą "dzieł" stał przed salą, więc zapytałam dziecko o wrażenia.
- Ja tego nie robiłem - oznajmiło dziecko.
- Nie? Dlaczego?
- Bo pani powiedziała, że nie mogę się zmieścić w kadrze. - Hm, pomyślałam, chyba dziecko czegoś nie zrozumiało albo coś pomieszało.
- Ale to znaczy, że nie chciałeś? Pani pytała kto chce?
- Nie, pani tak zdecydowała.
- I co robiłeś, gdy dzieci miały te zajęcia?
- No, byłem na górze, w sali sześciolatków.
- Ale sam?
- Nie, jeszcze tam była X, Y, Z, no i jakieś maluchy, i A i B z sześciolatków. I ciocie.
- I co robiliście?
- Nic, odpoczywaliśmy, maluchy spały, ktoś coś rysował.
Adaś opowiadal to wszystko spokojnie, raczej jako informacja, nie wyczułam żalu czy skargi. Historia zastanowiła mnie na tyle, że następnego dnia rano zapytałam ciocię o co chodziło i dlaczego niektóre dzieci nie brały udziału
- A bo taki mieliśmy plan, podzieliliśmy dzieci na dwie grupy, bo wszyscy by się nie zmieścili. Druga grupa będzie mieć warsztaty dzisiaj, o proszę, już jest wszystko przygotowane.
No OK. Przyjęłam tłumaczenie. Niesłusznie ;)
Po południu od mamy X dowiedziałam się, że prawdziwą przyczyną podziału dzieci był... brak zgody niektórych rodziców na umieszczenie zdjęć dzieci na Facebooku! Przedszkole robiło fotorelację z tego "wydarzenia" do zamieszczenia na Facebooku i dla uniknięcia kłopotów dyrekcja zarządziła wykluczenie z imprezy dzieci, których zdjęć nie mogli umieszczać na Facebooku.
No, tak do końca kłopotów nie uniknęli :) Bo X nie da sobie w kaszę dmuchać i ponoć zrobiła w przedszkolu dziką awanturę z powodu wykluczenia z zabawy, oraz doniosła o wszystkim rodzicom. Rodzice X jeszcze tego samego dnia wieczorem interweniowali u dyrekcji.
I stąd poranna, już przygotowana, wersja tłumaczenia i improwizowany "dalszy ciąg warsztatów".
Hmm, to pierwsza taka wpadka naszego przedszkola.
Rozumiem, że chcą sobie zrobić reklamę na Facebooku - no ale przecież nie kosztem dzieci!
Pani dyrektor ponoć przepraszała i mam nadzieję, że taka dyskryminacja się więcej nie powtórzy.
A co w szkole? A w szkole w tym tygodniu rozpoczęły się dodatkowe zajęcia z angielskiego. Powiadomienie z podaniem terminów dostaliśmy mailem. Zwrócił moją uwagę fakt, że w środę dodatkowy angielski ma być na 6. godzinie lekcyjnej, a wcześniej Wojtek ma 5 normalnych lekcji. A więc - kiedy zje obiad?
Poszłam z tym pytaniem do świetlicy we wtorek rano.
- Nic nie wiem, pracuję na poranną zmianę, proszę przyjść jutro - będzie akurat od rana pani, która zajmie się klasą Wojtka też po południu.
No ok, w środę rano ponownie zastukałam do świetlicy.
- Tak, oczywiście, dzisiaj będzie angielski, o - proszę zobaczyć - tu mam listę dzieci, wszystko jest pod kontrolą. Obiad? No nie wiem.... nie, na przerwie nie, to pewnie po angielskim. No nie wiem jeszcze, ale proszę się nie martwić, dziecko na pewno obiad dostanie. Żeby tylko chciał zjeść, ha ha.
I cóż, oczywiście w środę dziecko wróciło ze szkoły bez obiadu... Podobno pytał po angielskim dwie świetlicowe panie, co z jego obiadem. Jedna powiedziała, że nie wie, a druga, że już za późno, bo już pani z dziećmi poszła. Dodam, że sześciolatki są mocno ubezwłasnowolnione - nie mogą samodzielnie poruszać się po szkole.
A więc w czwartek rano znów odwiedziłam świetlicę. Pani (jakaś inna) przepraszała. Mówiła, że ich sytuacja w środę zaskoczyła, że będą musieli się zgrać z jakąś inną grupą, że na pewno w przyszłym tygodniu wszystko będzie dobrze. Oprócz Wojtka problem dotyczy jeszcze 2 dzieci z klasy, które też chodzą na dodatkowy angielski i na świetlicę. Zobaczymy w środę jak sobie świetlica poradzi...
wtorek, 18 września 2012
Poranki w szkole
Nie mamy póki co problemów z poranną pobudką.
Nie mamy póki co problemów z porannym szykowaniem do wyjścia.
Nie mamy póki co problemów z poranną drogą do szkoły.
Natomiast czuję się nieco zagubiona w porannej procedurze przekazania dziecka pod opiekę wychowawczyni.
Pani najpierw pobiera dzieci ze świetlicy (te, które są przyprowadzane wcześniej i czekają na lekcje na świetlicy), a następnie przychodzi do szatni odebrać dzieci od rodziców.
Dzieci w korytarzu przy szatni oczekują w niezbyt zwartej grupie, przemieszane z rodzicami. Niektóre już witają się z kolegami/koleżankami i zaczynają rozmowy lub nawet przepychanki. Inne (jak Wojtek) raczej trzymają się mamy/taty. Ze względu na przemieszanie z rodzicami, dzieci widoczność mają ograniczoną, nadchodzącej pani nie widzą zupełnie. Pani przychodzi i w zasadzie natychmiast idzie dalej, oczekując, że trzódka za nią podąży. Zazwyczaj nie mówi przy tym nic, a przynajmniej ja nic nie słyszę - ani dzień dobry, ani idziemy, ani pierwsza eee za mną. Czasem mówi coś do rodziców (że rozda dzieciom jakieś informacje na karteczkach do podpisania) i wtedy rodzice próbują dosłyszeć i przepychają się do przodu. A potem pani od razu robi w tył zwrot, i nawet nie sprawdza czy dzieci wszystkie idą. Chyba założenie jest takie, że rodzice mają dopilnować? Ale to wcale proste nie jest, w tłumie łatwo przegapić że "nasza pani" już była i poszła. W pierwszym tygodniu, gdy nie kojarzyłam jeszcze, które z tłoczących się w szatni dzieci to "nasza klasa" i "nasi rodzice", to naprawdę trzeba było się nieźle skupić... Teraz już przynajmniej (w miarę) nie mieszamy się z innymi klasami.
A przecież można inaczej... w poniedziałek na pierwszej lekcji jest religia, i w związku z tym dzieci z szatni odebrała katechetka. Przyszła, zawołała pierwszą eee, przywitała się z dziećmi i rodzicami. Poprosiła dzieci o ustawienie się w parach. Obrzuciła spojrzeniem całą grupę. I dopiero nastąpił przemarsz do sali. Owszem, cała operacja potrwała kilka minut dłużej. Ale komfort - dla mnie - znacznie większy! Chyba, że może tylko ja zauważam różnicę, a dzieciom jest wszystko jedno?
Nie mamy póki co problemów z porannym szykowaniem do wyjścia.
Nie mamy póki co problemów z poranną drogą do szkoły.
Natomiast czuję się nieco zagubiona w porannej procedurze przekazania dziecka pod opiekę wychowawczyni.
Pani najpierw pobiera dzieci ze świetlicy (te, które są przyprowadzane wcześniej i czekają na lekcje na świetlicy), a następnie przychodzi do szatni odebrać dzieci od rodziców.
Dzieci w korytarzu przy szatni oczekują w niezbyt zwartej grupie, przemieszane z rodzicami. Niektóre już witają się z kolegami/koleżankami i zaczynają rozmowy lub nawet przepychanki. Inne (jak Wojtek) raczej trzymają się mamy/taty. Ze względu na przemieszanie z rodzicami, dzieci widoczność mają ograniczoną, nadchodzącej pani nie widzą zupełnie. Pani przychodzi i w zasadzie natychmiast idzie dalej, oczekując, że trzódka za nią podąży. Zazwyczaj nie mówi przy tym nic, a przynajmniej ja nic nie słyszę - ani dzień dobry, ani idziemy, ani pierwsza eee za mną. Czasem mówi coś do rodziców (że rozda dzieciom jakieś informacje na karteczkach do podpisania) i wtedy rodzice próbują dosłyszeć i przepychają się do przodu. A potem pani od razu robi w tył zwrot, i nawet nie sprawdza czy dzieci wszystkie idą. Chyba założenie jest takie, że rodzice mają dopilnować? Ale to wcale proste nie jest, w tłumie łatwo przegapić że "nasza pani" już była i poszła. W pierwszym tygodniu, gdy nie kojarzyłam jeszcze, które z tłoczących się w szatni dzieci to "nasza klasa" i "nasi rodzice", to naprawdę trzeba było się nieźle skupić... Teraz już przynajmniej (w miarę) nie mieszamy się z innymi klasami.
A przecież można inaczej... w poniedziałek na pierwszej lekcji jest religia, i w związku z tym dzieci z szatni odebrała katechetka. Przyszła, zawołała pierwszą eee, przywitała się z dziećmi i rodzicami. Poprosiła dzieci o ustawienie się w parach. Obrzuciła spojrzeniem całą grupę. I dopiero nastąpił przemarsz do sali. Owszem, cała operacja potrwała kilka minut dłużej. Ale komfort - dla mnie - znacznie większy! Chyba, że może tylko ja zauważam różnicę, a dzieciom jest wszystko jedno?
poniedziałek, 17 września 2012
Połowa września
Minęły pierwsze dwa tygodnie pierwszaka w szkole.
My szkołą zachwyceni nie jesteśmy, i Wojtek również raczej nie.
Wojtek niewiele opowiada, więc niewiele wiemy o tym, co się naprawdę w szkole dzieje.
Ze strzępków opowieści Wojtka nie widać, żeby nawiązał jakieś kontakty z kolegami/koleżankami z klasy. Czasem opowiada że ktoś coś powiedział lub zrobił, ale na zasadzie "słyszałem, jak X mówił Y, że...". Martwi mnie to i nie mogę się doczekać jakiegoś pozytywnego sygnału o relacjach z rówieśnikami.
Niepokoi mnie też zachowanie Wojtka rano w szatni. To właściwie jedyny moment kiedy widzę go w szkole. I właśnie rano Wojtek całkowicie odmawia przywitania się z kimkolwiek. Nawet z dziećmi, które same go witają. Nawet z kolegą, którego zna z piłkarskich treningów. Zaczepiony przez jakieś dziecko, chowa się całkiem, wciskając mi buzię w brzuch.
Wojtek domaga się, żeby go po obiedzie odbierać ze świetlicy. Na razie więc M. odbiera go po obiedzie, około 14. Trzeba będzie jednak docelowo jakoś inaczej to ułożyć, nie chcę aby popołudnie Wojtka składało się z siedzenia w domu z M.
Trzy razy w tygodniu Wojtek ma trening piłkarski. Na razie o 16:30 na boisku szkolnym ok 2 km od swojej szkoły (od domu w przeciwnym kierunku), więc odebrany o 14, ma czas żeby w domu zostawić tornister, odrobić lekcje, chwilę odpocząć, coś zjeść, i spokojnie przejść na trening. Jednak już od października grafik i miejsce się zmieni - prawie na pewno będzie to sala gimnastyczna w gimnazjum tuż obok szkoły. Pojawią się też inne zajęcia dodatkowe: szachy, angielski, może coś jeszcze. Plan tygodnia trzeba będzie wtedy ponownie przemyśleć.
Natomiast Adaś na razie całkiem oprotestował odbieranie przez M., woli dłużej zostać w przedszkolu. Ja więc odbieram Adasia około 17:30. Cieszy mnie ten wybór, cieszę się że mu dobrze w przedszkolu. Rozumiem też, że nie chce mu się łazić z M. i Wojtkem na trasie przedszkole-szkoła-trening, woli się spokojnie pobawić.
Wojtek, zapytany co mu się najbardziej podoba w szkole odpowiada:
+ wyjście z klasą na plac zabaw
A co mu się najbardziej nie podoba?
- świetlica
My szkołą zachwyceni nie jesteśmy, i Wojtek również raczej nie.
Wojtek niewiele opowiada, więc niewiele wiemy o tym, co się naprawdę w szkole dzieje.
Ze strzępków opowieści Wojtka nie widać, żeby nawiązał jakieś kontakty z kolegami/koleżankami z klasy. Czasem opowiada że ktoś coś powiedział lub zrobił, ale na zasadzie "słyszałem, jak X mówił Y, że...". Martwi mnie to i nie mogę się doczekać jakiegoś pozytywnego sygnału o relacjach z rówieśnikami.
Niepokoi mnie też zachowanie Wojtka rano w szatni. To właściwie jedyny moment kiedy widzę go w szkole. I właśnie rano Wojtek całkowicie odmawia przywitania się z kimkolwiek. Nawet z dziećmi, które same go witają. Nawet z kolegą, którego zna z piłkarskich treningów. Zaczepiony przez jakieś dziecko, chowa się całkiem, wciskając mi buzię w brzuch.
Wojtek domaga się, żeby go po obiedzie odbierać ze świetlicy. Na razie więc M. odbiera go po obiedzie, około 14. Trzeba będzie jednak docelowo jakoś inaczej to ułożyć, nie chcę aby popołudnie Wojtka składało się z siedzenia w domu z M.
Trzy razy w tygodniu Wojtek ma trening piłkarski. Na razie o 16:30 na boisku szkolnym ok 2 km od swojej szkoły (od domu w przeciwnym kierunku), więc odebrany o 14, ma czas żeby w domu zostawić tornister, odrobić lekcje, chwilę odpocząć, coś zjeść, i spokojnie przejść na trening. Jednak już od października grafik i miejsce się zmieni - prawie na pewno będzie to sala gimnastyczna w gimnazjum tuż obok szkoły. Pojawią się też inne zajęcia dodatkowe: szachy, angielski, może coś jeszcze. Plan tygodnia trzeba będzie wtedy ponownie przemyśleć.
Natomiast Adaś na razie całkiem oprotestował odbieranie przez M., woli dłużej zostać w przedszkolu. Ja więc odbieram Adasia około 17:30. Cieszy mnie ten wybór, cieszę się że mu dobrze w przedszkolu. Rozumiem też, że nie chce mu się łazić z M. i Wojtkem na trasie przedszkole-szkoła-trening, woli się spokojnie pobawić.
Wojtek, zapytany co mu się najbardziej podoba w szkole odpowiada:
+ wyjście z klasą na plac zabaw
A co mu się najbardziej nie podoba?
- świetlica
Subskrybuj:
Posty (Atom)